platforma blogowa portalu
nowiny

Niepotrzebnie pisałam, że grzeje, bo znowu leje

Wczoraj napisałam, że grzeje i wytrzymać nie można, a w nocy oberwanie chmury nad Rzeszowem. Załało chodniki, ulice, przejścia, sklepy.

Nie piszę więcej o pogodzie. To śliski temat.

Dzisiaj po południu zaczyna się weekend i to jest najlepsza wiadomość. Nie pojadę w Bieszczady, ale mam zamiar odpoczywać. Żadnych dzieci, żadnych wnuków, żadnych zięciów itp.

Bedę leżec i gapić się w sufit, albo w telewizor.

Miska w kwiatki

Nakrzyczał na mnie jeden z komentatorów mojego bloga, że mało piszę. A kiedy mam pisać, jak ciągle mam jakieś inne zajęcia. A to z wnukiem trzeba posiedzieć, a on mi zabiera laptopa, jak tylko do niego usiądę. A to córke za mąż trzeba wydać, z wnuczkami pogadać. A jeszcze praca.

Nie, nie narzekam. Kocham to wszystko. Tylko czasu rzeczywiście mam mało.

Rano do pracy, po południu, a wracam około 17, coś muszę ugotować, wyprać, posprzątać. Wieczorem oglądam, a właściwie patrzę bez zrozumienia na jakieś seriale i czekam na “Bożą podszewkę”. Leci na kanale Kino Polska. To znakomity serial. A główna bohaterka, Maryśka, to taka trochę ja.

Tyle, że Maryśka to szlachcianka z Juryszek, a ja córka kierowcy z Malawy. Ale wieś mojego dzieciństwa pamiętam dobrze. I chłopa, który jeździł wozem i krzyczał: Szmaty, stare szmaty biorę! I dawał za te szmaty blaszany kubek z kogutkiem, albo blaszaną miskę w kwiatki. To był szczyt luksusu. Pożądałam takiej miski, jak niczego innego na świecie. I dostałam, bo nazbierałam tyle starych ubrań, że wystarczyło na miskę.

A potem wpadła mi do studni! Studnia na 12 betonów. Nie było szans, żeby miskę wyłowić. Tata nie pozwolił. Poryczałam się. Miałam wtedy z 7 lat.

Po latach tata czyścił studnie. Wyciągnął moja piękna miske w kwiatki.

Kwiatków nie było.

Dzisiaj mogę sobie kupić dowolną miskę, z dowolnego surowca.

Ale ciągle mi żal tamtej.

I juz 5 stycznia

Ani sie człowiek obejrzał, a tu juz 5 stycznia. Zleciało jak stelił z bata. Sylwestra spędziłam w łóżku. Sama. Bez szampana. Przy telewizorze.

Córka najstarsza mi wyszła za mąż, co prawda tylko cywilnie, na razie, ale już mężatka. Mieszka u mężą, smutno i tęskono mi do niej. Ale na szczęście mieszka w Rzeszowie, więc spotykamy sie często.

W sobote cały dom ludzi miałam, bo wszystkie moje dzieci, wnuki i zięciowie przyjechali. Były gołąbki, więc trudno się dziwić.

Zima na całego. Dzwoniła Dorota z Dwernika i mówi, że gazety głupoty piszą. Napisały, że w Bieszczadach ma być -6 stopni mrozu.  – A we wtorek rano było – 18 – twierdziła.

Dobrze, że pada, że jest mróz. Człowiek musi w zimie zmarznąć, żeby w lecie był zdrowy.

To nie moje, to dziadka Henka.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

Głowa mnie boli… od przybytku

W sobote wraca z Paryża mój syn, brat i zięć. W niedzielę urządzamy drugie urodziny mojego wnuka Wiktora. U mnie w domu rzecz jasna. Matka Wiktora, moja córka Aneta zaziębiła się i cierpi. W związku z tym część rzeczy muszę załatwić sama. Jakieś sałatki porobić, jakieś ciasto kupić.

Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że synek wraca. Bardzo się za nim stęskniłam. Ma 19 lat i wydaje mu się, że jest dorosły, ale dla mnie jest Piotruś. I tyle. Zrobię mu gołąbki na powitanie, bo bardzo lubi.

Tak więc najpierw powitanie, potem urodziny wnuka, potem świeta i ślub cywilny najstarszej córki. Nie bedę tego przeliczac na kasę, bo i tak tyle nie mam.

Za to będzie miło, rodzinnie i wesoło, bo moje dzieci i zięciowie mają poczucie humoru i u nas zawsze, albo prawie zawsze jest wesoło.

Przypomniało mi się jak mój syn Piotrek był mały. Mieliśmy wtedy psa o imieniu Bolek. Niestety, już nie żyje. Otóz, wracam któregoś dnia ze sklepu, a mój, wtedy około 6-letni syn razem z psem Bolkiem chodzą po dywanie i wąchają.

- Co robicie? – pytam Piota.

- Bolek szuka narkotyków – odpowiada Piotrek.

- Dlaczego?

- Bo to jest pies policjański?

- Policjański? – zdziwiłam sie. – Nie widać.

- Nie widać mamiszon, bo to tajniak – odparł z całą powagą mój synek.

Uśmiałam się serdecznie.

Idę otwierać Dom Kultury na Baranówce, a potem oczywiście na zakupy.

I po Mikołaju

Wiktorowi komplet narzędzi do ubijania, przybijania i czegoś tam jeszcze. Wali teraz młotkiem, gdzie popadnie, a radochy ma przy tym co niemiara.

Rayanowi drewniane puzzle ze zwierzątkami – teraz pokazuje na nie paluszkiem i wydaje dźwieki typu: muuu, buuu, itp.

Natalii – bajki, które kocha i uwielbia jak się jej czyta przed snem.

Wiktorii – wirtualne zwierzątko, które trzeba karmić, układać do snu i nie wiem, co tam jeszczem, bo nie umiem tej zabawki obsługiwać. Jak się zwierzaka nie doglada to pada. Ale na szczęście można je zregenerować, czy jakoś tak.

To prezenty, które moje wnuki dostały ode mnie, choć planowałam, że dam po lizaku i buzi. Ale ich radośc jest dla mnie ważniejsza, niz kilka złotych.

Ja nic nie dostałam, bo pewnie grzeczna nie byłam.

A, nie. Dostałam – papierosy i zapalniczkę. Robiliśmy Mikołajki w redakcji. Przynajmniej trochę śmiechu było.

Kolejne prezenty już za kilkanaście dni. Kompletuję je powoli. Do obdarowania, oprócz wnuków, mam córki, zięciów, mamę, rodzeństwo, siostrzeńca i siostrzenicę.

Dam radę! Najwyżej kupię po lizaku i dam buzi!

Wielkie otwarcie salonu dr Ireny Eris i lizaki

Byłam wczoraj na otwarciu salonu dr Ireny Eris. Pierwszy w Rzeszowie. Elegancki, nowoczesny, urządzony ze smakiem. Była też pani Irena z mężem i tłum gosci. Podano szampana na wejście, wino, przekąski. Młoda aktorka rzeszowskiego teatru zaśpiewała kilka piosenek Anny Jantar. Wzruszająco, z klasą.

W Rzeszowie wszystkie tego typu imprezy rozpoczynają się z ogromnym opóźnieniem. Tym razem było inaczej.  I do jest dla mnie ogromne zaskoczenie. Okazuje się, że można zrobić otwarcie z klasą i punktualnie.

Muszę wnuczce kupić lalkę. Taką, jak reklamują w telewizji. Natalia zna jej nazwę. Ja nie. Wnuki mi chyba na głowę wchodzą, bo ta lalka ponad stówę kosztuje. Oststnio kupiłam Wiktorowi teletubisia. Też ponad stówę. Uparł się w sklepie, złapał zabawkę i nie chciał puścić. Uległam i kupiłam.

Mikołaj tuż, tuż. Policzyłam: mam czworo dzieci, czworo wnuków i trzech zięciów. A jeszcze siostrzenica i siostrzeniec, czworo rodzeństwa, mama, szwagier. Boże, daj wygrać w lotka!

Juz wiem, kupię wszystkim po lizaku i dam buzi!

Pokłosie mojego redakcyjnego dyżuru

W oststni weekend miałam dyżur w redakcji. W sobotę dyzurowałam w domu. Sprawdzałam, co sie dzieje w regionie, dzwoniąc m.in. na policję i straż pożarną. Pod opieką miałam dwóch moich wnuków: Rayana (1,5 roku) i Wiktora (2 lata). Matka jednego poszła na uczelnię, a rodzice drugiego pojechali na weekend do Zakopanego. Chłopcy, jak to chłopcy, bez przerwy coś kombinowali.

Dzwonię do straży. Moi wnukowie w tym czasie ogladają bajkę. Pytam strażaka o zdarzenia drogowe. W tym momencie do pokoju wchodzi Wiktor z nożem w ręce (skąd go wziął???).

- Przepraszam, ale muszę przerwać rozmowę, bo właśnie mój wnuk bawi sie nożem - mówię do strażaka.

- To niech mu pani szybko ten nóż zabierze, bo będzie kolejne zdarzenie – ripostuje strażak.

Po godzinie dzwonię na policję. Rozmawiam może trzy minuty. W tym czasie chłopcy znikają mi z pola widzenia. Idę sprawdzić, co robią.

O Boże! W ciagu trzech minut otworzyli mały pokój, z szuflady biurka zabrali flamastry i pomalowali – pościel, ściany (pokój był malowany w lipcu), drzwi od pokoju i łazienki i dwa krzesła w kuchni.

Jest południe, a ja już padam z nóg. Na szczęście poszli spać. Dwie godziny luzu. Zdążyłam ugotować obiad.

Zjedli, poszli oglądać bajkę. ja znowu dzwonię do strażaków. Podczas rozmowy słyszę jakiś stukot w pokoju. Sprawdzam. Zamykali i otwierali drzwi od szafki  i pekła szyba. na szczęście nie wypadła, bo była zbrojona. Ale musiałam ją wyjąć, żeby się nie pokaleczyli. Teraz mamy szafkę bez szyby. Skaleczyłam się przy tej operacji, a moi kochani chłopcy ze współczuciem pokazywali na moją skaleczoną rekę i mówili: Babcia, si!

Ach, te kochane chłopaki.

W niedzielę, na szczęście, musiałam dyżurować w redakcji. Boże, jaka cisza i spokój.

Córka przywiozła mi z Zakopanego prezent. Za to, że zajmowałam się jej synkiem. Kubek z napisem “Dla Margoli”. Słodki. Oryginalny.

Kolejny weekendowy dyżur wolałabym jednak pełnić sama.

Serce moje biedne

Coś mnie ścisnęło w środku i nie pozwoliło się ruszyć. I tak przez kilka minut. Potem drugi raz i trzeci. Sztywny kark, noga sztywna. Lekarz. Zwolnienie. Leżę i się wściekam, bo leżeć nie lubię. Na szczęście tylko do końca tygodnia. Chrzanić lekarzy i ich diagnozy. Im więcej jem leków, tym gorzej się czuje. Wszystkie te dolegliwości pewnie ze starości i trzeba się z tym pogodzić. I już.

Byłam w Bieszczadach jak pisałam. Jesień cudna. Kolory takie, że dech zapiera. Wiatr we włosach, szum Sanu. Wolność. Szkoda, że tylko na trzy dni.

Córka z wnuczką i zięciem wrócili z Irlandii. Bardzo się cieszę, tęskniłam okrutnie. Natalka spoważniała i urosła. Cudownie jest mieć wnuki, dzieci zresztą też. Szczególnie jak już są dorosłe.

Wracam do wyra, zmęczyło mnie siedzenie i pisanie. Szyja mi zesztywniała.

A jeszcze nie tak dawno mogłam tańczyć do białego rana.

Dobrze, że przynajmniej mam serce, co potwierdziło badanie, bo Waldek Trawka, mój kolega z pracy, zawsze twierdził, że nie mam.

A widzisz Waldusiu – mam!

Każdego ranka Wiktor za mną płacze

Moja córka ze swoja córka wyjechała do Dublina. Wprowadziła się najmłodsza córka z synkiem Wiktorem. Kazdego ranka Wiktor budzi mnie głosnym waleniem do drzwi. Cos tam gada po swojemu, ma prawie dwa latka i zaczyna mówić, a potem drze się w niebogłosy, bo ja wychodzę do pracy, a on zostaje.

Remont w domu prawie skończony, nowe podłogi, nowe ściany. Miał być spokój i błogostan, a jest … mniejsza o to.

Wiktor jest uroczy, biega za mna, gramy w piłkę, szalejemy na nowych panelach. Ciągle głośno w tym moim domu. Przynajmniej mam zajecie. Ale w Bieszczady bym pojechała. szkoda, że na razie to nierealne.

Jeszcze trzeba kuchnię i łazienkę wymalować.

Czytam “Bieszczadzkich zakapiorów”. Choć trochę wpadam w te bieszczadzkie klimaty. Wspominam moje spotkania z Jurkiem Dwatysięce, z Jurkiem Dobroczyńskim, Ilą. Ich już nie ma.

Ale jak tam wrócę, to może się spotkamy na drodze do Nasicznego.

Omskła mi się noga

Babcia tak mówiła. Omskła. Nie wiem, czy takie słowo istnieje, ale noga mi się rzeczywiście omskła. Wylądowałam na pogotowiu, bo ból był nie do wytrzymania. Miły lekarz stwierdził, że mam zwichnięty paluch. Kazał uważać i zmienić buty.

- Taka młoda dziewczyna i nogi sobie skręca – zauważył, gdy podałam mu rok urodzenia.

Bardzo dziękuje panie doktorze.

A tak na marginesie, są fajni lekarze. Ten własnie taki był. Nie dosyć, że fachowiec, to jeszcze dowcipny i dżentelmen.

Lato juz mamy. Wchodzę w nie ze skręconą nogą. Ale na szpilkach.

Jakoś tak wyszło, że nie pisałam o swoich urodzinach. A skończyłam 51 lat. jedna z moich córek w prezencie dała mi krem przeciwzmarszczkowy. Ale też markowe perfumy. Chyba, żeby mi żal nie było.

Nie jest mi żal. Wcale nie zrobiło to na mnie wrażenia.

Czuję sie młodo, mam całą masę planów, kocham życie, bawię się, gdy mogę, płaczę, gdy mi smutno. Kocham dzieci, uwielbiam wnuki i Bieszczady.

Byłam w ostatni weekend w Dwerniku. Jest pieknie. Już sie nie moge urlopu doczekać.

Pozdrawiam mój kochany Dwernik i wszystkich, których znam i którzy znają mnie.