platforma blogowa portalu
nowiny

Głowa mnie boli… od przybytku

W sobote wraca z Paryża mój syn, brat i zięć. W niedzielę urządzamy drugie urodziny mojego wnuka Wiktora. U mnie w domu rzecz jasna. Matka Wiktora, moja córka Aneta zaziębiła się i cierpi. W związku z tym część rzeczy muszę załatwić sama. Jakieś sałatki porobić, jakieś ciasto kupić.

Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że synek wraca. Bardzo się za nim stęskniłam. Ma 19 lat i wydaje mu się, że jest dorosły, ale dla mnie jest Piotruś. I tyle. Zrobię mu gołąbki na powitanie, bo bardzo lubi.

Tak więc najpierw powitanie, potem urodziny wnuka, potem świeta i ślub cywilny najstarszej córki. Nie bedę tego przeliczac na kasę, bo i tak tyle nie mam.

Za to będzie miło, rodzinnie i wesoło, bo moje dzieci i zięciowie mają poczucie humoru i u nas zawsze, albo prawie zawsze jest wesoło.

Przypomniało mi się jak mój syn Piotrek był mały. Mieliśmy wtedy psa o imieniu Bolek. Niestety, już nie żyje. Otóz, wracam któregoś dnia ze sklepu, a mój, wtedy około 6-letni syn razem z psem Bolkiem chodzą po dywanie i wąchają.

- Co robicie? – pytam Piota.

- Bolek szuka narkotyków – odpowiada Piotrek.

- Dlaczego?

- Bo to jest pies policjański?

- Policjański? – zdziwiłam sie. – Nie widać.

- Nie widać mamiszon, bo to tajniak – odparł z całą powagą mój synek.

Uśmiałam się serdecznie.

Idę otwierać Dom Kultury na Baranówce, a potem oczywiście na zakupy.

Kelner: Proszę zmienić lokal

Byłam wczoraj w jednej z rzeszowskich knajp, przez litość nazwy nie wymienię. Dlaczego przez litość, zaraz wyjaśnię. Chciałam zjeść pierogi. zamówiłam. Głodna byłam jak nie wiem co, więc z niecierpliwością czekałam na swoje danie. Po 15 minutach przyszła kelnerka i powiedziała, że pierogi się skończyły.

Trafił mnie …, nieważne. Opuściłam lokal wściekła i głodna. Nie skorzystałam z propozycji kelnerki, żeby zamówić coś innego. Coś innego też przecież mogło się skończyć.

W tym miejscu przypomniała mi się historia, która przydarzyła mi się kilka lat temu.

Jechałam z synem Piotrem w Bieszczady. Piotrem zgłodniał i zaczął marudzić.

- Dobrze, zatrzymamy się w Brzozowie, tam jest taka knajpa “Zdrój” z dobrym jedzeniem – mówię do syna.

Przyjechaliśmy, wchodzimy. Knajpa pusta. Za barem barmanka, o bar stoi oparty kelner. Widać, że ma problem z tym staniem. Siadamy, kelner podchodzi, podaje karty i stoi dalej, lekko sie chwiejąc. Trochę mnie to zdziwiło, że stoi, ale pomyślałam, że tu taki zwyczaj.

- Możemy zamówić flaki? – pytam.

- Nie radzę!

- Dlaczego?

- Nie są zbyt dobre.

Zamurowało mnie.

- A sznycel?

- Nie ma.

- Może schabowy?

- Przedwczorajszy.

Z kilkoma innymi potrawami było podobnie, albo nie było, albo przedwczorajsze, albo niedobre.

- To co mi pan może polecić – pytam w końcu.

- Niech pani zmieni lokal.

Zmieniłam.

Tak to czasami bywa. Chyba lepiej najpierw sprawdzić, czy to co zamawia klient jest, a dopiero potem przyjmować zamówienie.

To wcale nie jest trudne.

A kultowej knajpy “Zdrój”, gdzie spędziłam naprawdę wiele fajnych chwil, już nie ma. Ktoś tam zrobił bank.

Szkoda.