Tak przeklinali, że mnie wkurzyli
Niewiele jest rzeczy na tym świecie, które mnie mogą zaskoczyć. Coraz mniej jest też sytuacji, które wyprowadzaja mnie z równowagi. tak totalnie. Wczoraj tak było. Jechałam autobusem od kardiologa (okazało sie, że mam serce i nawet nie tak strasznie sfatygowane). Na jednym z przystanków wsiedli chłopcy, nastoletni, pięciu. Ich rozmowa to był jeden wielki bluzg. Nie udało mi sie wychwycic ani jednego zdania, w którym nie byłoby mocnego przekleństwa. Nikt nie reagował. Ja nie wytrzymałam. Odwróciłam sie do nich, bo siedzieli za mną, i głosno powiedziałam, a właściwie wykrzyczałam.
- Widzę, że język łaciński opanowaliście do perfekcji, może po polsku teraz coś powiecie, chętnie posłucham.
Zamurowało ich.
W autobusie cisza jak makiem zasiał.
- Zaraz mi manto spuszczą – pomyślałam, odwracając sie od nich.
Ale o dziwo, nic takiego sie nie stało. Chłopcy zamilkli i nie odezwali się już ani słowem.
Może tak trzeba? Może, jak rodzice nie uczą, to powinien każdy? Nie wiem, nie jestem pewna. W końcu było ich pieciu, mogli mi wlać. Nie zrobili tego, chyba dlatego, że ja ich zastydziłam. Tylko, czy to jest metoda.
Lipa dalej kwitnie. Jest piękna.
Ide na spóźniony Dzień Babci do wnuczki. A potem weekend. W sobote lepimy ruskie. Kto ma ochotę, zapraszam. A robię znakomite ruskie. Zięć Rafał może poświadczyć.
Miłego weekendu.

