platforma blogowa portalu
nowiny

Zima nas dopadła

Temperatury spadły poniżej 10 stopni i wszyscy narzekają. A ja pamiętam zimy, w mojej rodzinnej wsi Malawa, gdy tata tunele w śniegu wykopywał, żeby można było dostać się do drogi. Dróg wiejskich zresztą wtedy nie odsnieżano, bo nie były strategiczne.

Z bratem budowaliśmy igloo. Wycinaliśmy z zamarzniętego śniegu bryły i układaliśmy jedna na drugiej. Na zamarznietej sadzawce graliśmy w hokeja. Krążek był z pudełka po paście do butów.  Moje dzieci, jak im to opowiadam, nie wierzą.

A tak było.

Tak, że mnie mróz nie straszny. Może bycćnawet minus 30. Przynajmniej ślimaki zgina i wiosną nie zaatakują maminych grządek. Dwa lata temu zjadły wszysko. Ostała się jedynie aronia. Widocznie im nie smakowała.

I po Mikołaju

Wiktorowi komplet narzędzi do ubijania, przybijania i czegoś tam jeszcze. Wali teraz młotkiem, gdzie popadnie, a radochy ma przy tym co niemiara.

Rayanowi drewniane puzzle ze zwierzątkami – teraz pokazuje na nie paluszkiem i wydaje dźwieki typu: muuu, buuu, itp.

Natalii – bajki, które kocha i uwielbia jak się jej czyta przed snem.

Wiktorii – wirtualne zwierzątko, które trzeba karmić, układać do snu i nie wiem, co tam jeszczem, bo nie umiem tej zabawki obsługiwać. Jak się zwierzaka nie doglada to pada. Ale na szczęście można je zregenerować, czy jakoś tak.

To prezenty, które moje wnuki dostały ode mnie, choć planowałam, że dam po lizaku i buzi. Ale ich radośc jest dla mnie ważniejsza, niz kilka złotych.

Ja nic nie dostałam, bo pewnie grzeczna nie byłam.

A, nie. Dostałam – papierosy i zapalniczkę. Robiliśmy Mikołajki w redakcji. Przynajmniej trochę śmiechu było.

Kolejne prezenty już za kilkanaście dni. Kompletuję je powoli. Do obdarowania, oprócz wnuków, mam córki, zięciów, mamę, rodzeństwo, siostrzeńca i siostrzenicę.

Dam radę! Najwyżej kupię po lizaku i dam buzi!

Dam im buzi!

Dzisiaj Dzień Dziecka.  Prezentu domagają się nie tylko moje wnuki, ale też moje… dorosłe dzieci!?

- Mamo, nie możesz nie dać prezentu, przecież my zawsze jesteśmy Twoimi dziecmi, bez względu na wiek, sama tak mówisz – argumentują moje “stare” pociechy.

Wnuczki zabrałam do kina i do McDonald’s.

Dzieciom dam buzi!

A niech tam, dorzucę jeszcze ptasie mleczko.

A tak na marginesie, fajne mam te dzieci. Kupiły mi dzisiaj włoskie buty, w ładnym kolorze, na modnej szpilce i młodzieżową czarną bluzkę. Z okazji Dnia Dziecka ma się rozumieć.

Pogoda piękna, kwiaty kwitną, ptaszki spiewają, wnuki rosną.

Fajnie jest!

Nostalgia mnie dopadła

Niby wszystko u mnie w porządku. Mama po nieszczęśliwym upadku z rowera wraca do zdrowia. Wnuk po operacji nawet blizny nie ma. Ja egzystuje w miare normalnie, zdrowie tez jakby lepiej. A jednak cos mi spokoju nie daje, coś mnie w środku uwiera. Trudno to zdefiniować. Może ciepła mi brak? Może szalonych imprez z przyjaciółmi w pubach? Może to tylko wiosenne przesilenie? Nie wiem. szukam przyczyny, dla której nie jestem sobą.

Dalej szukam.

Chyba nie znajdę.

Ale znalazłam lekarstwo.

Pojadę na długi weekend majowy w Bieszczady. Do mojej ukochanej przyjaciółki Doroty. Ona ma lekarstwo na takie nastroje.

Ugotujemy coś pysznego, wypijemy dobre wino, pośpiewamy na tarasie. Powinnysmy jeszcze pójść na długi spacer w góry. Ale jak znam życie – nie pójdziemy.

Na spacery po Dwerniku, gdzie mieszka Dorota, jakoś brakuje nam czasu.

Sama myśł o tym, że już za kilka dni będę w górach, podziałała na mnie jak balsam.

Wracam do formy.

Idę się rozliczyć z urzędem skarbowym, bo oczywiście, jak co roku, robię to w ostatniej chwili.

Nawet padać przestało.

Dawno nie pisałam, że lipa nadal kwitnie. Bo kwitnie.

Bańki, wnuczka i lalka

Mama w szpitalu, ale jutro ją wypisują. Wszystko chyba dobrze się skończy. Teraz wnuczka zachorowała. Lekarz zalecił postawienie baniek. Na samo słowo “bańki” wnuczka zareagowała histerycznie. Postanowiliśmy ją przekupić. Łatwo nie było, ale obiecała, że jak dostanie lalke, która mówi, płacze i coś tam jeszcze robi to sobie pozwoli te bańki postawić.

Lalka została zakupiona i wtedy wnuczka zmieniła zdanie. Za nic w świecie nie pozwoliła wykonać zalecanego zabiegu. Byliśmy bezsilni. Trzeba było iść do lekarza po raz drugi, żeby zmienił zalecenie. Teraz pije syrop z antybiotykiem i twierdzi, że bardzo jej pomaga.

Morał z tego taki, że dzieciom, głównie płci żeńskiej, wierzyć nie należy.

A lipa kwitnie nadal. Mam coraz lepszy nastrój. Ptaki śpiewają. Będzie dobrze.

Wkurzył mnie kolega, ale on wkurza mnie codziennie, więc nie popsuło mi to dobrego nastroju.

A swoją drogą, czy ludzie, którzy w stosunku do swoich kolegów z pracy postepują nie fair, nie mają tego świadomości?

Nie wiem.

Mama zbiegła z roweru

Moja mama, która ma 76 lat ciagle jest żywotna i sprawna. Ale dzisiaj niestety spadła z roweru i złamała biodro. Czeka ją operacja i zapewne długa rehabilitacja. Nie jeden raz prosiliśmy, żeby na ten rower nie wsiadała. A gdzie tam. Nie słucha, jest uparta jak osioł. Mam nowe zmartwienie. Depresja przeszła mi jak ręką odjął, bo jestem taka zła, że nie mam czasu na deprechę.

Mam nadzieję, że ja nie będę taka uparta w jej wieku.

Chyba jednak bedę, jestem do niej bardzo podobna.

Nakrzyczałam na brata Tomka, że nie schował tego roweru, żeby nie mogła jeździć.

- Schowałem i nawet spuściłem powietrze z kół, ale znalazła i napompowała – bronił się Tomek.

Na mamę nie ma mocnych. Zawsze taka była. Swoją drogą, zuch kobieta. Już nie jestem na nią wściekła. Pójdę do szpitala, pocieszę ją.  Ale ochrzanię też.

Pamiętam jak kiedyś, dawno temu, mama myła okna. Stanęła na samym rogu parapetu,  który się oberwał i spadła. Strzaskała jakąś kość i długo miała nogę w gipsie. Tata się wtedy śmiał, że mama zbiegła z parapetu.

Tato! Teraz zbiegła z roweru. Nasza mama kochana.