Pokłosie mojego redakcyjnego dyżuru
W oststni weekend miałam dyżur w redakcji. W sobotę dyzurowałam w domu. Sprawdzałam, co sie dzieje w regionie, dzwoniąc m.in. na policję i straż pożarną. Pod opieką miałam dwóch moich wnuków: Rayana (1,5 roku) i Wiktora (2 lata). Matka jednego poszła na uczelnię, a rodzice drugiego pojechali na weekend do Zakopanego. Chłopcy, jak to chłopcy, bez przerwy coś kombinowali.
Dzwonię do straży. Moi wnukowie w tym czasie ogladają bajkę. Pytam strażaka o zdarzenia drogowe. W tym momencie do pokoju wchodzi Wiktor z nożem w ręce (skąd go wziął???).
- Przepraszam, ale muszę przerwać rozmowę, bo właśnie mój wnuk bawi sie nożem - mówię do strażaka.
- To niech mu pani szybko ten nóż zabierze, bo będzie kolejne zdarzenie – ripostuje strażak.
Po godzinie dzwonię na policję. Rozmawiam może trzy minuty. W tym czasie chłopcy znikają mi z pola widzenia. Idę sprawdzić, co robią.
O Boże! W ciagu trzech minut otworzyli mały pokój, z szuflady biurka zabrali flamastry i pomalowali – pościel, ściany (pokój był malowany w lipcu), drzwi od pokoju i łazienki i dwa krzesła w kuchni.
Jest południe, a ja już padam z nóg. Na szczęście poszli spać. Dwie godziny luzu. Zdążyłam ugotować obiad.
Zjedli, poszli oglądać bajkę. ja znowu dzwonię do strażaków. Podczas rozmowy słyszę jakiś stukot w pokoju. Sprawdzam. Zamykali i otwierali drzwi od szafki i pekła szyba. na szczęście nie wypadła, bo była zbrojona. Ale musiałam ją wyjąć, żeby się nie pokaleczyli. Teraz mamy szafkę bez szyby. Skaleczyłam się przy tej operacji, a moi kochani chłopcy ze współczuciem pokazywali na moją skaleczoną rekę i mówili: Babcia, si!
Ach, te kochane chłopaki.
W niedzielę, na szczęście, musiałam dyżurować w redakcji. Boże, jaka cisza i spokój.
Córka przywiozła mi z Zakopanego prezent. Za to, że zajmowałam się jej synkiem. Kubek z napisem “Dla Margoli”. Słodki. Oryginalny.
Kolejny weekendowy dyżur wolałabym jednak pełnić sama.

