platforma blogowa portalu
nowiny

W Bieszczadach jest cudnie

Długi weekend spędziłam w Dwerniku nad Sanem razem z córka, zięciem, wnukami i przyjaciółmi. Było cudownie. Ciepło, dużo znajomych, zimne piwko. Dwernik to nie kurort, więc nie ma tam tłumów, ale miejsce jest naprawdę urocze. Polecam.

I pozdrawiam wszystkich, którzy piwo na belce (kto był, to wie, co to belka) pił.

Krowy Marianny Ciomborki, które ponad 20 lat spacerowały po wsi, już nie spacerują. Pani Marianna zlikwidowała stado. Teraz chodzi smutna, podparta kijem, którym kiedyś te krowy przeganiała. Krowy szkody robiły, ale jakoś tak żal.

Dorota pewnie siedzi w sklepie i od czasu do czasu dokarmia ptaszki. A w Rzeszowie gorąco i duszno. Nie to, co nad Sanem.

Weekend nad Sanem spędzę

Słońce świeci i od razu chce się żyć. Jakaś nowa energia we mnie wstapiła. Byłam wczoraj w Warszawie i tak mnie ten pobyt zmęczył, że dzisiaj od rana cieszę się, że mieszkam w Rzeszowie. Spokojniej, ciszej, korki mniejsze. I Bieszczady blisko. Wybieram sie jutro z rodziną do Dwernika. Weekend nad Sanem to jest to o czym marzę od kilku miesięcy. I jeszcze, żeby ciepło było. W Bieszczadach nie mam nadcisbnienia i głowa mnie nie boli, nawet po wiekszej wódce. Nie to, co w mieście.

Na rondzie przy Lubelskiej zakwitły krokusy. Żółte, piękne.

Trzeba zasiać rzeżuchę, bo święta blisko.

To idę siać!

Pozdrawiam, wiosennego nastroju życzę!

Pisałam, że śniegu nie ma – jest

Ponad tydzień temu pisałam, że śniegu w Bieszczadach nie ma. Bo nie było. Teraz jest i to dużo. I mróz tęgi.  Pod Otrytem zamarzł młody chłopak. Straszne.

W mieście też nie najlepiej. Zasypało. Zaspy, oblodzone chodniki, z domu nie chce się wychodzić.  Ale podobno to już ostatni zryw zimy.

Córka mi strachu napędziła. Wylądowała w szpitalu, za wcześnie jej dziecko chciało przyjść na świat. Na szczęście sytuacja została opanowana, choć musi leżeć.  Będzie miała drugiego syna, bardzo się cieszy, bo chciała syna. ja tam wiem swoje, dziewczynki są lepsze. Wiem co mówię, bo mam trzy córki i syna.

Nie ma śniegu w Bieszczadach

Byłam w Dwerniku. Trzy dni. Ciepło było jak na wiosnę. Śniegu jak na lekarstwo. Turystów niewielu. Pojechałam, bo Dorotki imieniny były. Zrobiłysmy przyjęcie: sałatka, serki nasze ulubione pleśniowe, kabanosy, Haneczka utopiła smalcu i uczta była, że hej.

Dorota przyjechała ze mną do Rzeszowa i poleciała na zakupy.

A ja siedzę, kaszlę, prycham, kicham i rozsiewam zarazki. Prawie wszyscy chorzy.

Chyba pójdę do lekarza, bo bez leków zdaje się, że się nie obejdzie.

Zimy nie ma, mrozu nie ma, kleszcze za to są. Kolega mi mówił, że jego pies wrócił z podwórka z kleszczem. Matko kochana. W lutym kleszcze? Zjedzą nas w lecie.

I juz 5 stycznia

Ani sie człowiek obejrzał, a tu juz 5 stycznia. Zleciało jak stelił z bata. Sylwestra spędziłam w łóżku. Sama. Bez szampana. Przy telewizorze.

Córka najstarsza mi wyszła za mąż, co prawda tylko cywilnie, na razie, ale już mężatka. Mieszka u mężą, smutno i tęskono mi do niej. Ale na szczęście mieszka w Rzeszowie, więc spotykamy sie często.

W sobote cały dom ludzi miałam, bo wszystkie moje dzieci, wnuki i zięciowie przyjechali. Były gołąbki, więc trudno się dziwić.

Zima na całego. Dzwoniła Dorota z Dwernika i mówi, że gazety głupoty piszą. Napisały, że w Bieszczadach ma być -6 stopni mrozu.  – A we wtorek rano było – 18 – twierdziła.

Dobrze, że pada, że jest mróz. Człowiek musi w zimie zmarznąć, żeby w lecie był zdrowy.

To nie moje, to dziadka Henka.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

Serce moje biedne

Coś mnie ścisnęło w środku i nie pozwoliło się ruszyć. I tak przez kilka minut. Potem drugi raz i trzeci. Sztywny kark, noga sztywna. Lekarz. Zwolnienie. Leżę i się wściekam, bo leżeć nie lubię. Na szczęście tylko do końca tygodnia. Chrzanić lekarzy i ich diagnozy. Im więcej jem leków, tym gorzej się czuje. Wszystkie te dolegliwości pewnie ze starości i trzeba się z tym pogodzić. I już.

Byłam w Bieszczadach jak pisałam. Jesień cudna. Kolory takie, że dech zapiera. Wiatr we włosach, szum Sanu. Wolność. Szkoda, że tylko na trzy dni.

Córka z wnuczką i zięciem wrócili z Irlandii. Bardzo się cieszę, tęskniłam okrutnie. Natalka spoważniała i urosła. Cudownie jest mieć wnuki, dzieci zresztą też. Szczególnie jak już są dorosłe.

Wracam do wyra, zmęczyło mnie siedzenie i pisanie. Szyja mi zesztywniała.

A jeszcze nie tak dawno mogłam tańczyć do białego rana.

Dobrze, że przynajmniej mam serce, co potwierdziło badanie, bo Waldek Trawka, mój kolega z pracy, zawsze twierdził, że nie mam.

A widzisz Waldusiu – mam!

Jadę zobaczyć jesień

Za chwile jadę w Bieszczady. Cztery godziny autobusem i będę mogła pooddychać górskim powietrzem, zapatrzeć się na jesień i podziwiac noc czarną jak smoła. Zobaczę przyjaciół, pogadam z Dorotą, posprzedaję w sklepiku.

Na samą myśl, że za kilka godzin tam bedę robi mi sie cieplej na sercu. Kocham Bieszczady. Lubie tam odpoczywać, gadać z ludźmi.

Napiszę wiecej, opowiem o jesieni, gdy wrócę.

Miłego weekendu moim Czytelnikom życzę.

Każdego ranka Wiktor za mną płacze

Moja córka ze swoja córka wyjechała do Dublina. Wprowadziła się najmłodsza córka z synkiem Wiktorem. Kazdego ranka Wiktor budzi mnie głosnym waleniem do drzwi. Cos tam gada po swojemu, ma prawie dwa latka i zaczyna mówić, a potem drze się w niebogłosy, bo ja wychodzę do pracy, a on zostaje.

Remont w domu prawie skończony, nowe podłogi, nowe ściany. Miał być spokój i błogostan, a jest … mniejsza o to.

Wiktor jest uroczy, biega za mna, gramy w piłkę, szalejemy na nowych panelach. Ciągle głośno w tym moim domu. Przynajmniej mam zajecie. Ale w Bieszczady bym pojechała. szkoda, że na razie to nierealne.

Jeszcze trzeba kuchnię i łazienkę wymalować.

Czytam “Bieszczadzkich zakapiorów”. Choć trochę wpadam w te bieszczadzkie klimaty. Wspominam moje spotkania z Jurkiem Dwatysięce, z Jurkiem Dobroczyńskim, Ilą. Ich już nie ma.

Ale jak tam wrócę, to może się spotkamy na drodze do Nasicznego.

I po urlopie

Nie pisałam, bo byłam na urlopie. W Bieszczadach. Nie ma tam Internetu. Ale ma być. Kiedy? Nie wiadomo.

Bieszczady piękne, Dwernik nad Sanem urokliwy na maxa. Turystów mniej niż w znanych kurortach. Można wypoczywać. Pod sklepem mojej przyjaciółki Doroty zatrzymują się prawie wszystkie auta, jadące przez wieś. Ludzie przysiadaja na belce, gadamy.

Krowy Ciomborki dalej latają po wsi luzem. dzieci z pola namiotowego przeganiaja je kijami. Nie pomaga. Wracają. Te krowy po wsi łażą od dwudziestu lat. Nie ma na to rady.

Wieczorami grilujemy na tarasie. Przyjechali znajomi z Rzeszowa. Pytam co tam w mieście. Wzruszają ramionami.

Dzieci dzwonią z domu, pytają jakie panele kupić, bo w domu remont.

Wracam. Bałagan jak diabli. Trzeba się brać za porządki.

Po urlopie.

Na koniec zagadka: Co to jest – małe, żółte i kopie?

Rozwiązanie już wkrótce.

Omskła mi się noga

Babcia tak mówiła. Omskła. Nie wiem, czy takie słowo istnieje, ale noga mi się rzeczywiście omskła. Wylądowałam na pogotowiu, bo ból był nie do wytrzymania. Miły lekarz stwierdził, że mam zwichnięty paluch. Kazał uważać i zmienić buty.

- Taka młoda dziewczyna i nogi sobie skręca – zauważył, gdy podałam mu rok urodzenia.

Bardzo dziękuje panie doktorze.

A tak na marginesie, są fajni lekarze. Ten własnie taki był. Nie dosyć, że fachowiec, to jeszcze dowcipny i dżentelmen.

Lato juz mamy. Wchodzę w nie ze skręconą nogą. Ale na szpilkach.

Jakoś tak wyszło, że nie pisałam o swoich urodzinach. A skończyłam 51 lat. jedna z moich córek w prezencie dała mi krem przeciwzmarszczkowy. Ale też markowe perfumy. Chyba, żeby mi żal nie było.

Nie jest mi żal. Wcale nie zrobiło to na mnie wrażenia.

Czuję sie młodo, mam całą masę planów, kocham życie, bawię się, gdy mogę, płaczę, gdy mi smutno. Kocham dzieci, uwielbiam wnuki i Bieszczady.

Byłam w ostatni weekend w Dwerniku. Jest pieknie. Już sie nie moge urlopu doczekać.

Pozdrawiam mój kochany Dwernik i wszystkich, których znam i którzy znają mnie.