Bacia, bacia, ciuciu masz?
Dni coraz dłuższe, coraz cieplej. Pracować się nie chce, kusi zieleń trawy i śpiew ptaków. Oj, poleżałby człowiek nad zalewem albo na Bulwarach na soczystej trawie. Tylko, że trzydzieści lat temu uszłoby mi to bezkarnie, a dzisiaj, zapewne, dostałabym zapalenia płuc. Więc nie pójdę nad rzekę, tylko na spacer z wnukiem.
Wiktor, mój wnuk, ma dwa i pół roku. Jest przezabawny. Przychodzi do mnie i mówi, takim swoim dziecinnym językiem: – Bacia, mama wi mkneła. Uczy.
Co oznacza, że jego mama zamknęła drzwi od pokoju, bo sie uczy.
Mówie do niego: – Idź i pukaj.
I słyszę, jak Wiktor, który podszedł pod drzwi pokoju, mówi do tych drzwi: – Pukaj, pukaj!
Oj, wnuki to naprawdęe dobry wynalazek. Oczywiście odpowiednio dawkowany.
Co napisawszy idę do domu, gdzie przywita mnie roześmiany wnuk wołając: – Bacia, bacia, ciuciu masz?
Czyż to nie słodkie?



